Prawdziwy myśliwy zna tylko dwa rodzaje pogody: dobrą i bardzo dobrą. Dlatego też, nie zrażeni deszczem i czarnymi chmurami, aurą którą Anglik nazwałby „Cats and Dogs”, stawiliśmy się w minioną sobotę (11 listopada) na planowanego hubertusa.


Nad kościołem parafialnym we wsi Bucze (powiat Brzesko) przywitało nas, zrazu nieśmiało, w miarę upływu czasu coraz odważniej, słoneczko. Odetchnęliśmy czując w tym momencie wyraźną opiekę naszego patrona św. Huberta.
W kościele parafialnym w Buczu na poranną mszę, która, tradycyjnie już, rozpoczęła obchody św. Huberta w naszym kole, oprócz myśliwych przyszło sporo ludzi. Nie wnikaliśmy czy to z przyjaźni do naszego koła, czy z racji Święta Narodowego. Ważne było to, że byliśmy razem, że piękne słowa księdza proboszcza Ryszarda Pluty, o łowiectwie, myśliwych, ochronie przyrody ojczystej trafiły tego dnia do wielu osób, a muzyka myśliwska, w perfekcyjnym wykonaniu Kuby Konopki i Huberta Paszkowskiego z zespołu sygnalistów z Niepołomic dodała naszej mszy niespotykanego kolorytu.
Chcąc wykorzystać przychylność Patrona po wyjściu z kościoła długo nie marudziliśmy; szybkie, wspólne zdjęcie i dwadzieścia minut na przebranie się. Prowadzący odprawę (zbiórkę) myśliwych prezes zarządu Kol. Wiesław Wanat przywitał przybyłych na nasze polowanie gości, myśliwych i nagankę; bez zbędnych ceregieli omówił zasady bezpieczeństwa i proponowany przebieg łowów. Już w godzinkę po uroczystej mszy świętej zajmowaliśmy pierwsze stanowiska w miejscu, od lat zwanym przez nas „krótkim końcem”.
Świeciło słoneczko, ciszę lasu zakłócał jedynie szum spadających dębowych liści. Można było odetchnąć pełną piersią, napawać się kolorami późnej jesieni, uspokoić łagodzącą ciszą. Zafascynowany (prawdopodobnie, bo jakżeby inaczej) jesienną, złoto-czerwono-żółto-brązową aurą św. Hubert zapomniał, że zebraliśmy się na łowy. Cieszył nas spokojem, nęcił kolorami, podsuwał pod nos zapachy leżących dębowych liści, mamił późnojesiennym babim latem.
Po trzech pierwszych pędzeniach ten i ów z nas było przekonany, że tym razem wrócimy na tarczy. Luty zwierz oczywiście był, ale bardzo sprytnie unikał wyjścia na linię myśliwych, słusznie poniekąd mniemając, że spotkanie to może mu nie wyjść na zdrowie. Cóż, myśliwska dola, raz na wozie, raz pod wozem; zwierz ma sto dróg, my możemy obstawić tylko jedną. Mimo to humory dopisywały. Wierzyliśmy, że przecież Hubert i inni patroni myśliwych (Eustachy, Bawon, Sebastian, Emeryk…) nie puszczą nas tego dnia z pustymi rękoma.
Wiara czyni cuda można by powiedzieć po czwartym pędzeniu. Na linii myśliwych „zagotowało się”, zagrały sztucery i dwururki, zwierz ruszył.
Do „Basiorówki”, gdzie koledzy: Sylwek Michalski, Michał Noga i Staszek Sobol wraz z naszą stażystką Zosią Roszkowską przygotowywali uroczystą biesiadę docierały sprzeczne wieści. Ci z nas, którzy wracali do gajówki pieszo, stali na flance meldowali, że owszem rozstrzelało się bractwo, ale co i gdzie padło nie wiadomo. Kolejni łowcy, którzy po zbiórce zdecydowali się na pieszy powrót do gajówki mówili już o dzikach, rozdzwoniły się telefony. Dziki są! Łowczy został królem! – to były główne newsy tej godziny.
Potwierdziły się. Na pokocie znalazło się sześć sztuk czarnego zwierza oraz lis przechera. Królem, którego uroczyście udekorował kolega prezes, rzeczywiście został kolega łowczy, Jakub Sobol. Jak każe tradycja, znalazł się też medalik dla „króla pudlarzy”; tytuł, o który tego dnia była dość zacięta walka, ostatecznie przypadł kol. Adamowi Szubie. „Ktoś mi grzebał przy kolimatorze…” – tłumaczył się „wyróżniony”.
Po odegraniu sygnałów: dzika na rozkładzie, lis na rozkładzie, król polowania, król pudlarzy, jak też zakończenie polowania, kolega prezes zaprosił wszystkich obecnych na myśliwską biesiadę. Ledwie zdążyliśmy zająć miejsca pod wiatą św. Hubert leciutkim deszczykiem przypomniał nam, że pora wznieść puchary za pamięć tych z nas, którzy odeszli i w Krainie Wiecznych Łowów cierpliwie czekają na wspomnienia i myśliwskie opowieści z łąk i lasów.
Pierwszy toast wzniósł tradycyjnie kolega prezes, potem… cóż, kto był wie, kto nie, niech żałuje.

 

 

 

 

Realizacja: MAXIGRAF